AktualnościZastosowania dronów

Przyszłość dronów to ich pełna autonomiczność

Patrząc chociażby na polski rynek dronów, popularność szkoleń z pilotażu, rosnącą ilość usług z drona i rzeszę pilotów ze świadectwem kwalifikacji UAVO można by stwierdzić, że operator drona stosowanego do fotografii czy filmowania to przyszłościowy zawód i pewna praca na kilkadziesiąt lat. Zapewne narażę się tutaj wielu osobom o takich przekonaniach, ale… moim zdaniem to kwestia 10-15 lat i trzeba będzie sobie szukać innego zajęcia. Obserwując uważnie globalny rynek dronów i analizując kierunki rozwojów tej branży można całkiem trzeźwo i z dużym przekonaniem stwierdzić (co właśnie czynię), że przyszłość dronów leży w ich pełnej autonomiczności, a nie tak jak obecnie – w pilotowaniu ich ręcznie przez operatorów.

Fotografia i wideofilmowanie z drona to chyba najpopularniejsza obecnie usługa świadczona przez operatorów prowadzących własny biznes. Oczywiście pewna ręka operatora podczas lotu, wyczucie kadru, pomysł na ujęcie – to wszystko ma znaczenie tyle, że… to wszystko będzie można zrobić w pełni zdalnie poprzez zaprogramowanie całego ujęcia w domu, przed ekranem komputera. Niemożliwe? Dosłownie kilka dni temu pisałem o oprogramowaniu Horus, które zostało opracowane przez naukowców z Uniwersytetu Stanforda i radzi sobie z tym całkiem dobrze. Przy pomocy ogólnie dostępnych narzędzi (Google Maps, Google Earth) i open-sourcowego kontrolera lotu APM/PixHawk całą trasę lotu drona i ruchu gimbala można przemyśleć, przetestować i zaprogramować na komputerze, a następnie wgrać całość „misji” do mózgu sterującego dronem. Można oczywiście powiedzieć, że wszystkiego się nie przewidzi, że ręka operatora drona tak jak ręka operatora kamery filmowej jest niezastąpiona, ale nie oszukujmy się – skoro pracują nad tym naprawdę inteligentni ludzie ze światowej klasy uniwersytetu, to jedynie kwestia czasu by tak rozwinąć projekt oprogramowania i samej platformy latającej by maszyna mogła w pełni zastąpić operatora. Powiem więcej – taki lot może być bezpieczniejszy i dokładniejszy niż lot w wykonaniu żywego operatora, bo eliminuje wszystkie ułomności naszej ludzkiej natury (stres, refleks, utrata uwagi, brak odpowiedniej reakcji w sytuacjach kryzysowych).

Drony cywilne to nie tylko fotografia i filmowanie, zatem pomyślmy o innych usługach świadczonych przy ich pomocy. Mapowanie terenu jest wykonywane jeszcze przez wielu operatorów „ręcznie” poprzez pionową fotografię poszczególnych skrawków terenów i łączenie ich w kompletną mapę. Tymczasem od dobrych 3-4 lat na rynku (szczególnie amerykańskim) jest dostępna cała masa dronów do geodezji i mapowania terenów, które w zasadzie nie wymagają żadnej obsługi prócz wyrzucenia ich z ręki. Wspomnę choćby o dobrze mi znanym dronie eBee firmy senseFly, który miał premierę 2 lata temu:

To jest zaledwie jeden z wielu tego typu projektów, inne łatwo znaleźć „googlując” frazę geodrone lub mapping drone. Oczywiście można powiedzieć, że wciąż potrzebna jest osoba do wprowadzenia obszaru do mapowania do pamięci drona i wyrzucenia go do góry ;). No ale nie oszukujmy się, do tego nie jest potrzebny żaden operator, bo UAV został tak zautomatyzowany, że nie potrzebuje żadnej wiedzy na temat jego budowy czy funkcjonowania. Również nie trudno wyobrazić sobie to samo rozwiązanie jeszcze bardziej zautomatyzowane gdy dron (np. wielowirnikowiec) startuje sam, a oznaczenie terenu do mapowania ogranicza się do zaznaczenia 4 wierzchołków wielokąta na mapie.

Ile firm obecnie oferuje inspekcje techniczne przeróżnych infrastruktur z pokładu drona? Nawet w naszym kraju jest ich z pewnością kilkadziesiąt. Kiedyś do tych samych celów używało się wysokich dźwigów, rusztowań, w innych przypadkach – samolotów lub helikopterów. Teraz bardziej opłaca się wynająć operatora i drona z kamerą termowizyjną lub klasyczną o wysokiej rozdzielczości nagrywania i transmisji. Niestety to kwestia czasu kiedy z tego tandemu zostanie wyeliminowany czynnik ludzki czyli operator. Macie wątpliwości? Ja przestałem mieć, gdy wczoraj przeczytałem o projekcie naukowców z Anglii, którzy wygrali grant w wysokości 4,2 miliona funtów na stworzenie narodowej infrastruktury dla projektu tzw. „samonaprawiających się miast”. Na czym to polega? Armia niewielkich robotów naziemnych i dronów latających ma być na stałe obecna w przestrzeni miejskiej i będzie ją monitorować w czasie rzeczywistym w celu wykrywania wszelakich usterek – od dziur w jezdni przez przepalone żarówki latarni miejskich po usterki kanalizacji, linii energetycznych itd. Opracowany system ma działać na zasadzie „swarm intelligence”, czyli robotów i dronów działających w roju i komunikujących się między sobą. Naukowcy zapowiadają, że roboty i drony będą obecne w naszej przestrzeni niczym „gołębie” – wszechobecne i praktycznie niezauważalne zarazem, bo nikt już nie zwraca na nie specjalnej uwagi. Brzmi jak science-fiction, które pojawi się u nas nie wcześniej niż za kilka dekad? Może i tak brzmi, ale szef całego projektu – Phil Purnell – wraz z innymi naukowcami już jest w trakcie prac nad trzema różnymi rodzajami dronów do różnych zadań (monitorowania, wykrywania usterek i naprawy) i z dużą dozą przekonania stwierdza, że pierwsze testy tych maszyn będzie mógł przeprowadzić już w przeciągu najbliższego roku. Zainteresowanych zachęcam do przeczytania tego artykułu.

Poza amerykańskim i europejskim rynkiem warto również spojrzeć na odległą Japonię, która – mogę chyba zaryzykować – z robotami ogólnie, a z dronami szczególnie – ma do czynienia znacznie dłużej niż inne kraje. Wystarczy przytoczyć przykład helikoptera zdalnie sterowanego Yamaha RMAX, który służy japońskim rolnikom już dobre 15 lat, gdy u nas o dronach mało kto słyszał. W dużej mierze to zasługa samego rządu Japonii, który – przeciwnie do USA czy rządów państw europejskich – stymuluje i umożliwia rozwój dronów, zamiast go ograniczać. Wracając jednak do Yamaha RMAX – do tej pory przez prawie 2 dekady służy skutecznie do oprysków rolniczych jako ZDALNIE STEROWANY helikopter spalinowy. Tymczasem trwają właśnie prace, a w zasadzie już testy wykorzystania go w pełni autonomicznie do lotów „fly by wire”, czyli po zaprogramowanej trasie z pełnym wspomaganiem autopilota. Zatem również w rolnictwie to kwestia czasu kiedy drony sterowane manualnie przejdą do lamusa.

Jest jednak coś, co może uchronić zawód operatora drona od całkowitego zniknięcia z rynku. Tym czymś jest prawo, które w żaden sposób na nadąża za postępem technicznym w tej kwestii. Paradoksalnie operatorzy narzekający na jego ograniczenia kiedyś mogą być za to jeszcze wdzięczni ;). To właśnie prawo „podcina skrzydła” wszystkim projektom w USA zakładającym zastosowanie bezzałogowców w trybie pełnej autonomii – flagowy przykład to program Amazon Prime Air, który do tej pory boryka się odmowami z FAA przez co Amazon nie może świadczyć usług dostaw produktów dronami poza zasięg wzroku. Patrząc na nasze lokalne podwórko sytuacja ma się podobnie. Ostatnie głośne akcje dostaw pizzy dronem w Warszawie (akcja firmy pizzaportal.pl) wbrew pozorom nie były w żaden sposób przełomowe. Dron z pizzą przeleciał zaledwie 500m w terenie z dala od zabudowań (wzdłuż Wisły).

Problemy są dokładnie te same co w Stanach Zjednoczonych – do lotów dronem poza zasięg wzroku (na zasadach BVLOS) według prawa potrzebne jest wytyczenie odpowiedniej strefy powietrznej EA, zdala od lotnisk komunikacyjnych i zabudowań, więc w zasadzie wyłącza to z użycia całe obszary miejskie. Co więcej mówimy tu o lotach BVLOS, czyli poza zasięg wzroku, ale jednak pilotowanych lub nadzorowanych cały czas przez operatora. Zatem nie ma mowy o pełnej autonomiczności w terenach miejskich.

Zmiany w prawie lotniczym będą konieczne by nadążyć za rozwojem branży dronów i nie przegapić lub nie rezygnować z możliwości wykorzystania ich potencjału. Sęk w tym, że prawo zmienia się zwykle bardzo powoli i w tej sytuacji będzie zawsze opóźniało pewne zmiany. To właśnie może być powód, dla którego – jeśli nie znajdzie się dobrze i bezpieczne rozwiązanie prawne – operatorzy dronów będą wciąż potrzebni do pilotowania lub chociaż nadzorowania lotów swoich dronów. W momencie, gdy drony wejdą do naszej przestrzeni publicznej i staną się ich nieodłącznym elementem jak obecny monitoring na ulicach miast, cywilne prywatne bezzałogowce przestaną być potrzebne do celów stricte biznesowych i wrócą do swojego pierwotnego rekreacyjnego charakteru…

Moje prywatne prognozy na przyszłość? W nadchodzącym roku zapewne prym będą wiodły firmy oferujące szkolenia UAVO, które staną się obowiązkowe. Jednak nie spodziewałbym się jakiejś zastraszającej ilości chętnych na te szkolenia. Już teraz rynek „odczuwa” pewne nasycenie operatorami, którzy świadczą standardowo usługi foto/video z drona. Strzelam, że 90% wszystkich podchodzących do egzaminu na UAVO to właśnie takie jednoosobowe działalności gospodarcze. Nasycenie rynku już zapewne jest widoczne po… spadających cenach usług z drona, które zaczęły oferować osoby z minimalnym doświadczeniem, zaraz po zakupie nowego DJI Phantom 3 lub innego drona RTF. Dlatego moim zdaniem ilość osób, które chcą „wtopić w to pieniądze” wcale nie będzie rosła lawinowo. Z czasem i szkolenia do UAVO nie będą tak popularne jak mogłoby się wydawać. Rynek w końcu zacznie się profesjonalizować i najlepiej wyjdą na tym firmy, które zaczną konstruować nowe drony wyspecjalizowane w konkretnych działaniach i zarazem działające autonomicznie np. w roju dronów, w pomieszczeniach lub np. współpracować z innymi robotami lub ludźmi, ale nie na zasadzie sterowania, ale normalnej współpracy przy działaniu. Firmy, które jako pierwsze się w tym odnajdą zapewne wyjdą na tym najlepiej. Do obsługi dużej ilości autonomicznych dronów może być potrzebna specjalna infrastruktura i tutaj też bym upatrywał miejsca na zagospodarowanie rynku. Na znaczeniu zyskają na pewno systemy antydronowe, kwestia tylko tego, który z systemów okaże się najskuteczniejszy i najbezpieczniejszy do zastosowania. Zatem potrzebni będą elektronicy, robotycy, programiści, wizjonerzy… a operatorzy? Na pewno nie znikną z rynku całkiem, ale ich rola niestety będzie marginalizowana wraz z rozwojem technologii.

Poprzedni

Rejestracja dronów to kiepski pomysł

Następny

Nowe wytyczne ULC dla szkoleń praktycznych do UAVO

Brak komentarzy

Skomentuj artykuł

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *